Jeżeli kto bibliotekę jedynie dla ozdoby domu zakłada, takiemu to najbardziej zalecić należy, iżby miał księgi pod miarą, napełniając dolne szaf przedzielenia foliałami, następnie in 4to, wyższe in 8vo, a na szczycie on 12mo i coraz mniejszych formatów. Istotnie do okazałości potrzebna oprawa; niech więc złota i skóry, a choćby i safianowej, nie żałują, bo to księdze dodaje ozdoby, a pańską wspaniałość oznacza. Można by w tej mierze użyć jednego sposobu (a to niech w sekrecie zachowają, co im nastręczę): szafy gdy będą wzniosłe, na wyższych przepierzeniach mogą na wzór ksiąg oprawić drzewa i okryć równie jak i prawdziwe dzieła złocistą skórą; ale naówczas nie radziłbym mieć schodków przystawionych, żeby się fortel nie odkrył. Czy papier drukowany, czyli drewno proste, skoro go nikt w rękę nie bierze, równy skutek przynoszą, a tańszy kloc niżeli papier.
I. Krasicki, Uwagi. Warszawa 1997, s. 116-117.
2 odpowiedzi jak dotąd ↓
Wachmistrz // 29/10/2009 @ 21:22 |
Czego by o owych snobach nie prawić, tej im trza sprawiedliwości oddać, że przy nakładach dawnych, często ledwo na kilkaset liczonych egzemplarzy, zakupy takich snobów właśnie utrzymywały przy życiu tak drukarzów, jak i xięgarzów… ergo temu służyły, by ich proceder pro publico bono kwitnął dalej:) Mam ja w swym xięgozbiorze rzeczy niemało, co licząc sobie czasem wiek, luboż i więcej nawet, a przecie nierozcięte nawet karty mając, niechybnie takich właśnie “bibliotek” stanowiły jądro. I cóż? Mamże ja na to sarkać, tegoż znając, że gdyby nie owych snobów czynność, ani by te xięgi pewnie nie przetrwały i nie cieszyły dziś mnie i lectorów moich?
Kłaniam nisko:)
Kapral // 01/11/2009 @ 13:47 |
I ja – zachęcony Pana Wachmistrza frapującą oracją – ośmielę się słów parę o księgach i czytaniu na tej pięknej stronie skreślić. Zgłębiając rozmaite pisma Księcia Biskupa, zauważyłem, iż ów wielki miłośnik i twórca literatury czasami żartuje z tych, którzy z lubością lekturze się oddają.
Na ten przykład podkpiwa sobie z literackich upodobań młodego Doświadczyńskiego (tytułowego bohatera swojej powieści), zachwycającego się do tego stopnia modnym wówczas romansem, jakim była „Historia angielska politico-moralis…” autorstwa Marie Catherine d’Aulnoy, że w rozentuzjazmowaniu tkliwie i żałośnie zaczyna wzdychać do heroiny utworu: „Czemuż się nade mną zlitować nie chcesz, kochana Julianno? Pastwisz się nad tym, który uznałby się za najszczęśliwszego, gdyby mógł być wiecznym twoim sługą… (…) Pójdę w świat, gdzie mnie oczy poniosą…”
„Ach! Nie czyń mi waszmość pan tej krzywdy…” – odpowiedziała na tę desperacką deklarację prawdziwa Julia, wychowanica matki Mikołaja, która słowa rozgorączkowanego młodzieńca wzięła za miłosne wyznania do niej kierowane.
Jednak to zabawne nieporozumienie jest początkiem miłości tych dwojga, których w finale powieści Krasickiego łączy małżeński węzeł.
Konkludując, pozwolę sobie stwierdzić, że to, co śmieszne, nieautentyczne, pozerskie, nie zawsze jest do cna złe, gdyż prowadzi czasami do wartościowych rozstrzygnięć. I dlatego zgadzam się z Wachmistrzem, że ten, kto na pokaz i dla poklasku księgi gromadzi, może sprawom literatury dobrze się przysłużyć. Pozwolę sobie sformułować w oparciu o zamieszczony fragment „Uwag” wnioski jeszcze bardziej optymistyczne: ów snob, chcąc zabłysnąć w towarzystwie znajomością tych rozlicznych pism, być może zaczął je w końcu czytać, przez co i ogładę, i swój poziom umysłowy znacznie podniósł. A jeżeli ku temu chęci i predyspozycji mu nie starczyło, to przecież któryś z potomków, korzystając z bogato wyposażonej biblioteki, miłość do literatury mógł w sobie rozbudzić.
Pozdrawiam serdecznie.